Archiwum dla: Lipiec2014

Agonia i ekstaza Johna Frusciante – Noisey

okład
Rysunek wykonany przez użytkownika wanilly na deviantART.com

Pamiętam dzień, gdy pocztą dostałem mój pierwszy CD Red Hot Chili Peppers. Tytuł Blood Sugar Sex Magic trochę mnie przeraził, więc zamówiłem Greatest Hits. Słuchałem jak młody lew smakujący swoją pierwszą gazelę: szarpiąc Californicatrion, wysysając szpik z Otherside, wydłubując Scar Tissue z zębów. Chilis łączyli surowe, krwiste emocje ze słodkimi, błyskotliwymi refrenami. John Frusciante spinał uczucia z mistrzowską grą. Jego zwodniczo proste riffy ociekały niewinnością i doświadczeniem. Młodość nigdy nie smakowała lepiej.

Dekadę później rozmawiam przez telefon z rzecznikiem prasowym człowieka, którego wielu uważa za najlepszego współczesnego gitarzystę. „Jeśli chcesz by Frusciante był zadowolony, jest jeden temat którego powinieneś unikać: Red Hot Chili Peppers”.

Burzliwość związku Frusciante z Chi Peps jest legendarna. Rzucił zespół w 1992 „zjeżony” jego popularnością. Zmagał się z uzależnieniem i depresją przez lata zanim ponownie dołączył do grupy w 1998 by nagrać Californication i znów porzucił ją w 2009 roku. Wtedy zniknął z radarów niemal całego świata. Ale jego kreatywność bynajmniej nie osłabła: w ciągu ostatnich trzech lat wyprodukował album dla towarzyszy Wu-Tang – Black Knights i nagrał trzy albumy solowe – jeden dziwniejszy od poprzedniego. Najnowszy Enclosure wyszedł w kwietniu tego roku. Zawiera drum& Bass, hip-hop, szybkie „pochody” automatów perkusyjnych, mroczne sample, bębny a`la lata 80., charakterystyczny falset i zdrową dawkę shreddingu. Wszystko to najlepiej widać w Fanfare. Frusciante zawodzi i nuci na tle chóru, epickich „Italo” syntetyzatorów i perkusji w stylu lat 80. zamykając całość przestrzennym solo. To bez wątpienia najdziwniejsza muzyka kogokolwiek z członków Rock and Roll Hall of Fame.

Kontynuuj czytanie >>