Jan i Jan

„Ian jest jednym z niewielu ludzi, których naprawdę szanuję i podziwiam, więc był to dla mnie zarówno honor i przyjemność, jak i wspaniała lekcja, że mogłem poznać jego punkt widzenia.” – zachwycał się John Frusciante producentem swojej EP-ki DC EP. „Potrafi zagrać każdą piosenkę – każdą którą usłyszy, jest w stanie zrozumieć i zagrać, co dla mnie jest niewyobrażalne. Ja nie potrafię rozgryźć nawet tego, jak zagrać swoje własne piosenki.” – odpowiadał  Ian MacKaye – legendarny ojciec chrzestny nurtu hardcore, wokalista i gitarzysta grup Minor Threat i Fugazi, twórca undergroundowej wytwórni Dischord Records.

Tego rodzaju piętrowych, kwiecistych komplementów obaj panowie wymienili zresztą więcej. Jak do tego doszło? Co połączyło lidera podziemnej sceny z gitarzystą grupy podbijającej wszelkie możliwe listy przebojów? Miłość do muzyki czyni cuda, ale wiele znaków wskazywało, że taki cud prędzej czy później nastąpi.

Francuski pisarz Frederic Beidbeger w swojej książce „Pierwszy bilans po apokalipsie” tak wytłumaczył swój zachwyt nad innymi, współczesnymi mu pisarzami: „Zaletą żyjących autorów jest to, że można się z nimi spotkać, zostać ich kumplem albo wrogiem, zapytać o metodę pracy i (ewentualnie) wysłuchać odpowiedzi, pozostawać pod ich wpływem, porównywać się z nimi, oceniać się nawzajem, kłócić, godzić, chodzić z nimi do łóżka, a nawet  na nich narzygać.” Zamieniając autorów na muzyków, można by tę wypowiedź przypasować znakomicie do Johna Frusciante (co do dwóch ostatnich punktów nie mamy oczywiście pewności, ale brzmi to tak dobrze).  Oczywiście samo wytrwałe łażenie za Red Hot Chili Peppers nie wystarczyłoby do realizacji tego scenariusza, ale można by zażartować, że raz skutecznie zastosowana metoda „na psychofana” utwierdziła Johna w przekonaniu, że chcąc zagrać z jakimś muzykiem należy zacząć od systematycznego uczęszczania na jego koncerty. Nie inaczej stało się w przypadku grupy Fugazi.  Joe Lally tak wspomina początki znajomości z Johnem  „ Zaczęło się od tego, że wpadał na koncerty Fugazi. Był w San Francisco, San Diego, Las Vegas – chyba za nami jechał i po prostu wszędzie się pojawiał.”

John oczywiście uważał swoją fascynację za w pełni usprawiedliwioną: „W ciągu ostatnich pięciu lat miałem szczęście oglądać wiele razy Fugazi. – opowiadał w 2004 roku w książce „On the Record” Guya  Oseary`ego.  „Widziałem ich wcześniej w 1990 roku, ale w ciągu ostatnich kilku lat byłem na ich koncertach jakieś dwadzieścia razy (!). Każdy z tych koncertów był równie cudowny, ekscytujący i świeży. Każdy ich występ jest całkowicie inny od poprzedniego. Nie używają set list. Znają każdą ze swoich piosenek i po prostu przechodzą od jednej do drugiej, robiąc zaledwie niewielkie pauzy pomiędzy. Jak dla mnie są dokładnie tym, czym powinien być zespół – dają według mnie doskonałe show.”

Cofnijmy się więc do czasów gdy w Stanach rodziła się druga fala punku i hardcore, bo tylko taka podróż w czasie pozwoli nam w pełni wyjaśnić kim jest właściwie Ian MacKaye i jak doszło przecięcia jego dróg z Johnem Frusciante.

Nawrócenie w Waszyngtonie

Dzielnica Georgetown w Waszyngtonie nie wyglądała na miejsce, gdzie mogłaby rozpocząć się punkowa rewolta. Mieszkali tam państwowi urzędnicy, zagraniczni dyplomaci i zamożni biali – adresy w Georgetown mieli John F. Kennedy i Bill Clinton. Ale to w mateczniku waszyngtońskiej socjety mieszkał też urodzony w 1962 roku Ian MacKye, syn dziennikarza i nauczycielki. Rówieśnik Kiedisa  i Flea swoją muzyczną edukację , jak wielu ówczesnych amerykańskich nastolatków zaczynał od grup pokroju Led Zeppelin czy Queen. Ale gdy w wieku 17 lat poszedł na koncert punkowej grupy The Cramps i nowofalowego Urban Verbs przeżył gwałtowne punkowe nawrócenie. Pierwszy raz uczestniczył w koncercie, podczas którego wokalista demolował scenę, rzucał się w tłum i bez żenady wymiotował na oczach publiczności. Ta zaś uległa absolutnie charyzmie Lux Inferior i pogrążyła się w opętańczym tańcu. „Zmieniłem się momentalnie w punkrockowego skurczybyka”. Na tym samym koncercie obecny był też 13-letni wówczas Guy Piccotto, przyszły kolega Iana z zespołu Fugazi.

Jeśli tych wrażeń było jeszcze mało, dwa tygodnie później wybrał się wraz z kolegami (a byli nimi- co za zbieg okoliczności – Jeff Nelson i Henry Garfield, znany znacznie lepiej pod swym późniejszym scenicznym pseudonimem Henry Rollins) na koncert The Clash. Lont został podpalony – kilka tygodni później MacKaye i Nelson mieli już swój pierwszy garażowy zespół. To z niego wyłoniła się wkrótce  Teen Idles – pierwsza poważniejsza grupa w której grali. Waszyngtońska scena nie była wielka, wkrótce więc doszło do spotkania z innym zespołem – Bad Brains. Nieco starsi czarnoskórzy koledzy, którzy nazwę wzięli od piosenki The Ramones, z uporem maniaków walczyli o akceptację swojego unikalnego muzycznego stylu i rasowego pochodzenia. Niemile widziani w tradycyjnych rockowych klubach, zaczęli sami organizować koncerty, co stało się zaczątkiem schematu działania całej alternatywnej waszyngtońskiej sceny. Na zaproszenie zespołu The Damned mieli wyjechać w 1979 roku na tournee do Anglii, jednak wyjazd okazał się totalną porażką: nie przekroczyli granicy z powodu braku wiz, a na dodatek skradziono im cały sprzęt. Od czego jednak koledzy z punkowej załogi: pożyczali im instrumenty, organizowali występy i zapłacili za nagranie pierwszego singla z legendarnym kawałkiem „Pay to Cum”. Teen Idles również czuli się zaszczyceni mogąc dzielić się z apostołami Pozytywnego Przekazu gitarami i salą prób w piwnicy domu swojego wokalisty. I chyba przy okazji sporo się od nich nauczyli. „Zaczynaliśmy brzmiąc jak Sex Pistols” – wspominał Jeff Nelson. „Potem graliśmy maksymalnie szybko.”

Narodziny straight edge

Równolegle waszyngtońskie punki zrozumiały, że nie są samotną wyspą w Stanach, bo zaczęły docierać do nich coraz częściej nagrania grup z Zachodniego Wybrzeża, takich jak The Germs, The Weirdos czy Dead Kennedys. W 1980 roku Teen Idles ruszyło na podbój Los Angeles i San Francisco. Nie wszystko szło podczas tej mini trasy jak po maśle, ale zebrali wiele doświadczeń i zaprzyjaźnili się z muzykami z Circle Jerks. Zobaczyli też po raz pierwszy w praktyce system organizacji koncertów otwartych, dostępnych również dla osób poniżej 21 roku życia – przy wejściu malowano nieletnim na rękach czarne iksy, które oznaczały, że takiej osobie barman nie może sprzedać alkoholu, a które później stały się jednym z symboli ruchu straight edge. Jednak po powrocie do domu Teen Idles straciło rozpęd. Zapadła decyzja o rozwiązaniu grupy, ale jej dorobek postanowiono utrwalić na płycie. W grudniu 1980 roku ukazała się „Minor Disturbance” – pierwsze wydawnictwo Dischord Records – niezależnej wytwórni, którą do dzisiaj kieruje MacKaye. Zanim jednak trafiła do rąk słuchaczy, ci zdążyli już usłyszeć na żywo Minor Threat – nowy zespół MacKaya i Nelsona, debiutujący jako support Bad Brains.

„Mniejsze zło” zasłynęło przede wszystkim swoim ideologicznym przekazem. Na przekór rockowym zwyczajom  krytykowali zażywanie narkotyków, nadużywanie alkoholu i inne formy autodestrukcji. Piosenka „Straight Edge” z pierwszego singla Minor Threat dała nazwę nowemu ruchowi. MacKaye krytykował też w pisanych przez siebie tekstach rasizm, przemoc i wszelkie formy radykalizmu.  Ostro atakował zarówno przywary punkowej załogi, jak i to wszystko, czego nienawidziła. Równolegle rozwijał coraz mocniej Dischord Records – tzw. Dischord House, czyli dom wynajmowany przez Iana i jego kolegów po wyprowadzce w 1981 roku od rodziców, stał się kwaterą główną waszyngtońskiej hardcorowej społeczności.

Choć Minor Threat wydało tylko dwa mini albumy i jedną płytę długogrającą w ciągu zaledwie 3 lat istnienia, jego wpływ na kształtujący się wówczas amerykański ruch hardcore był niebagatelny. Zespół porywał swoją żywiołowością na występach i konsekwentnie zacierał granice między publicznością, a sceną. Czasem kończyło się to kłopotami, bo mocny przekaz budził agresję. Wybuchały bójki, interweniowała brutalnie policja. Zespoły takie jak Black Flag, The Minutemen czy Minor Threat szybko zrozumiały, że muszą same organizować swoje występy, by mogły się one w ogóle odbywać i by odbywały się we względnym spokoju.

Przyjaciel z Kaliforni

Właśnie w okresie, gdy Minor Threat święcił swoje największe triumfy, a potem pękał od wewnątrz pod ciężarem życia w punkowej trasie i wewnętrznych ideologicznych sporów, należy doszukiwać się pierwszej oznak tego, że kiedyś drogi obu Janów się przetną. A oznaki te nazywały się Flea.

To Pchła pod wpływem Hailela Slovaka zainteresował się najpierw rockiem, a później punkiem. Gdy w klubie Starwood w West Hollywood grali The Germs, Black Flag czy Circle Jerks jak sępy czatowali z Anthonym Kiedisem na klubowym parkingu, by wślizgnąć się do środka. To punkowe koncerty zainspirowały ich do pierwszych samodzielnych prób grania. Powstało What Is This, a Flea na kilkanaście miesięcy stał się nawet basistą Fear – agresywnej punkowej grupy z LA. Czy to wtedy podczas jakichś zbiorowych gigów poznał Iana Mackaye`a? A może stało się to przy okazji tworzenia filmów „Suburbia” i „Decline of Western Civilization”? Brak na ten temat informacji, ale Joe Lally kilkanaście lat później opowiadał, że członkowie Fugazi koncertując na początku lat 90. w LA często mieszkali u Flea w domu.

Flea na pewno znał i cenił Minor Threat – a fascynacja straight edge, mimo że krótkotrwała, pozwoliła mu przetrwać okres mieszkania z Anthonym Kiedisem u Boba Forresta – czyli nieustającą pijacko-narkotykową libację. Potem śledził karierę Fugazi i na wiele sposobów demonstrował swój podziw dla zaprzyjaźnionego zespołu. To z inicjatywy Flea Peppersom zdarzało się grać cover najbardziej chyba znanej piosenki Fugazi – Waiting Room. Na koncertach w połowie lat 90. stał się on wręcz stałym punktem programu. Oto wersja z 1996 roku, z Davem Navarro na gitarze. Choć trudno się nie skrzywić, gdy Anthony usiłuje „wyciągać” refren, to na uznanie zasługuje ciekawa wersja linii basu.

Cover Waitin g Room Fugazi w wykonaniu RHCP

Podczas trasy w 2002 roku Flea prezentował na swoim basie wielką naklejkę z logo waszyngtońskiego zespołu i poprzez taką „powierzchnię reklamową” zapewne zdobył dla Fugazi wielu nowych fanów. Warto tu dodać, John Frusciante również wykonał wtedy ukłon w stronę uwielbianego zespołu – włączył jedną z piosenek Fugazi do repertuaru swoich koncertowych „solówek” – był to Epic Problem – numer z płyty Argument. To potwierdzałoby doskonale jego opowieści o fascynacji punkiem podczas pracy nad ósmą płytą RHCP. Ale wracajmy teraz do Iana McKaye`a.

Zespół z zasadami

Po rozwiązaniu Minor Threat Ian MacKaye nie krył rozgoryczenia i dzielił się tym w wywiadach. Był 1984 rok i stara waszyngtońska scena dogorywała. Ale na miejsce starych zespołów pojawiły się nowe, takie jak chociażby Mission Impossible w której zadebiutował Dave Grohl (tak, ten Dave Grohl…) czy Rites of Spring. Ten ostatni swoją debiutancką płytą zmobilizował szefa Dischord Records do wznowienia jej działalności po dwuletniej przerwie. Entuzjazm młodszych był zaraźliwy. W lipcu 1985 roku Ian wrócił na scenę z kolejna grupą – Embrace. Jednak prawdziwe uznanie przyniosła mu dopiero założona w 1987 roku Fugazi.

Fugazi tworzyli obok Iana, gitarzysta Guy Picciotto, perkusista Brendan Canty (obaj wcześniej w Rites of Spring) i basista Joe Lally. Wydany w 2015 roku przez Dischord Records materiał „First Demo” Fugazi, będący próbnymi wersjami nagrań z pierwszej płyty zespołu, pokazuje skład grający z zadziwiającą precyzją i konsekwencją. Fakt, że został zarejestrowany po dwóch latach wspólnego grania i nie tworzyli go debiutanci, tylko częściowo wyjaśnia ten wysoki poziom. Fugazi szybko zyskało status grupy kultowej i było jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup lat 90. Ich albumy  sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy, a koncerty przyciągały tłumy – a wszystko to odbywało się bez korzystania z tradycyjnej promocji, w okresie gdy internet dopiero się rozwijał. Kilka z  albumów Fugazi weszło nawet do notowań Bilboardu, co dla alternatywnego zespołu było dość nietypowym osiągnięciem.

Ale o pozycji Fugazi nie przesądziła tylko i wyłącznie świetna, zaskakująco melodyjna muzyka, łącząca hardcorową dynamikę z wolniejszymi tempami i metalowe niemal brzmienie z pulsacją reggae. Fugazi miało całą strategię działania opartą na ideałach rodem z Waszyngtonu – przez cały okres swego istnienia wydawało się w Dischord Records. Jej płyty nie kosztowały więcej niż 10 dolarów, podobnie było z biletami na koncerty – co było przez zespół konsekwentnie egzekwowane na organizatorach, podobnie jak udział niepełnoletnich. Grupa, w myśl filozofii straight edge, nie udzielała też wywiadów pismom reklamującym papierosy i alkohol. Zachęcała również do rezygnacji z hardcorowych rytuałów agresywnego tańca i stage divingu. To zdecydowanie nie przypominało ekscesów gwiazd rocka. Fugazi było swoistym fenomenem, raczej totalnym zjawiskiem niż typowym zespołem.

W nowe tysiąclecie Fugazi wkroczyło grając coraz bardziej eksperymentalnie. Świadczą o tym doskonały „End Hits” z 1998 oraz soundtrack filmu „Instrument” z 1999, a także ostatni, wydany w 2002 roku album „The Argument” – który paradoksalnie zebrał jedne z najlepszych recenzji w karierze zespołu. Po promującej go trasie Fugazi ogłosiło zawieszenie działalności i od tamtej pory nie wystąpiło już ani razu.

Co obecnie porabiają jego członkowie? Ian MacKaye nadal prowadzi Dischord Records i występuje wraz z Amy Farina (prywatnie jego partnerką) jako członek powstałego w indie-rockowego duetu The Evens. Mają na swoim koncie 3 płyty długogrające i jednego singla. Joe Lally po zawieszeniu działalności Fugazi wydał 3 płyty solowe, współpracował też jako producent z Blonde Redhead i Vic`em Chesnutt`em. Obecnie mieszka z rodziną w Rzymie. Brendan Canty został współzałożycielem Trixie – firmy produkującej filmy, głównie dokumenty muzyczne i nagrania koncertów. Guy Picciotto również udziela się jako muzyk i producent – wyprodukował m. in. album Standing In The Way of Control grupy Gossip.

Mam na imię John, jestem waszym fanem

W momencie gdy Fugazi wypuszczało w świat pierwsze kawałki, John Frusciante dołączał właśnie do Red Hot Chili Peppers zarekomendowany przez Flea i D.H Peligro. Miał na głowie charakterystycznego, długiego irokeza – i chyba imponowało mu granie z kolegami z punkową przeszłością: D.H. Peligro był przecież przez większość swojej muzycznej kariery bębniarzem Dead Kennedys, a Flea nie dość, że grał na basie w ulubionej grupie Johna, to znał chyba wszystkich punkowców w LA. Chłopak, który rozgryzał gitarę na bazie Sex Pistols i The Germs stanął ramię w ramię na scenie z muzykami, których podziwiał. Choć w Red Hot Chili Peppers popisywał się raczej swoim wyrafinowanym hendriksowsko-hailelowskim stylem, to nadal przyznawał się do punkowych fascynacji. Wraz z Flea oraz Angelo Moorem z Fishbone i Nickiem Alexandrem założyli H.A.T.E. – tribute band grający kawałki takich kapel, jak Bad Brains, Dead Kennedys, Fear, Black Flag, Weirdos, Minor Threat, The Germs. Filmowe zapisy występów H.A.T.E. emanują dziką energią.

Fragment występu H.A.T.E.

Wyraźnym odbiciem ówczesnych fascynacji Johna jest cover Bad Brains „Big Takeover”, który finalnie wylądował na „Niandra LaDes & Usually Just a T-shirt”. John zgodnie ze swoim podejściem doszukał się w nim zupełnie niepunkowej melodii i uzupełnił mandoliną.

Cover Big Takeover Bad Brains w wykonaniu Johna Frusciante

Sesja inna niż wszystkie

Po powrocie do Red Hot Chili Peppers John znów zbliżył się do Fugazi. Kiedy kończyli nagrywanie „Californication” muzycy z Waszyngtonu właśnie gościli pod dachem Ricka Rubina – dawnego znajomego Iana Mac Kaye`a. Bardzo zabawna jest przytoczona w jednym z wywiadów opowieść Lally`ego o tym, jak Rubin woził ich po Los Angeles swoim Rolls Roycem i puszczał im na cały regulator nową płytę swoich podopiecznych – zaiste bardziej po królewsku nie można było ugościć alternatywnej hardcorowej grupy… I choć nie przepadali za RHCP, docenili ich znów „nowego” gitarzystę – za jego umiejętności i wkład w muzykę zespołu.

Z kolei Frusciante zaczął właśnie wtedy jeździć za Fugazi niczym najbardziej wkręcony fan. Do tego by zaprzyjaźnić się z muzykami grupy i zacząć z nimi grać był już tylko krok. W lutym 2004 roku pojechał   do Waszyngtonu, by w studio Inner Ear nagrać EP-kę DC. Inner Ear należące do Dona Zientary to miejsce, gdzie nagrane zostały niemal wszystkie płyty Dischord Records. Ale to nie tylko kuźnia hardcorowego brzmienia Waszyngtonu – nagrywają tu też muzycy jazzowi, a nawet grający muzykę poważną.

Bardzo ciekawa jest relacja ówczesnego stażysty w Inner Ear. „Wszedłem z Ianem do studia i był tam już jakiś dziwny koleś, który wyglądał trochę jak bezdomny i gapił się na płyty wiszące na ścianie. Miał długie włosy, grube, pęknięte okulary, śmieszną wełnianą czapkę i ogólnie był dość zabawny. Wydawał się sympatyczny, ale nie miałem pojęcia kto to jest. Trochę pogadaliśmy, ale w sumie tak naprawdę to okazja do rozmowy nadażyła się podczas przerwy. Usiedliśmy w holu, a on dalej oglądał płyty, więc zaczęliśmy o nich gadać i entuzjazmować się jak głupki muzyką z DC. Korzystał podczas nagrań ze studyjnego Rickenbackera, ale nie miał żadnego swojego instrumentu i potrzebował gitary do nagania solówek i overdubów. Ian poszedł więc na zaplecze i przyniósł Les Paula Juniora, należącego do Guya Picciotto. To była gitara na której Guy grał w Rites of Spring i na pierwszych płytach Fugazi. To było dla mnie niesamowite, bo Guy jest jednym z moich idoli, a Fugazi i Rites to bardzo ważne dla mnie grupy. Ale John zachowywał się tak samo jak ja – był cały nakręcony, że zagra na tej gitarze. Całe szczęście, że był tak miły i pozwolił również mi zagrać na niej przez chwilę. Dopiero jakieś trzy tygodnie później dowiedziałem się kto był wtedy w studio i było mi strasznie głupio, że go nie poznałem. Ale robiłem podczas tej sesji zdjęcia i niektóre z nich zostały opublikowane w Tape Op Magazine.”

Szybko, tanio, dobrze

EP-ka „DC EP”, jedna ze stachanowskiego cyklu wypuszczonego w świat przez Johna Frusciante w 2004 roku pod wieloma względami różni się od swoich „równolatek” i od innych jego solowych nagrań. Po pierwsze jej produkcją finalnie zajął się właśnie MacKaye, a John zaakceptował jego pomysły i sposób pracy.  ”Jerry Busher (drugi perkusista i techniczny Fugazi) zawsze był jednym z moich ulubionych perkusistów, więc pojechałem tam i nagrałem 4 piosenki w 2 dni. Ian je produkował: to nie było planowane, po prostu przy tym był i skończyło się na tym, że zajął się produkcją. Miał kilka dobrych idei dotyczących aranżacji – normalnie nigdy nie pozwoliłbym nikomu powiedzić niczego na ten temat, ale jego szanuję jak żadną inną osobę. Poza tym świetnie znał sprzęt w Inner Ear, a oni pracują inaczej niż ja. Nagrywają na 24-śladzie – ja nie nagrywam. Ja miksuję na taśmach ¼ cala, oni na ½ cala. Oni korzystają z automatyki, ja nie. Sprzęt którego zwykłem używać to wysokiej klasy sprzęt vintage – oni mają konsole z lat 80. Zostawiłem więc miksowanie Ianowi i byłem naprawdę pod wrażeniem rezultatów, które osiągnął. Mam przyjaciół, którzy twierdzą, że to moje najlepsze nagrania.”

Z pewnością to Ian utwierdził go w przekonaniu, że można nagrać płytę szybko, tanio i dobrze – punkowe i hardcorowe bandy raczej nieczęsto miały fundusze na przesiadywanie tygodniami czy wręcz miesiącami w studiu. Zasada „płyta za mniej niż 10 tys. dolarów” mocno zafrapowała Johna i wielokrotnie wracał do niej zarówno w wywiadach, jak i w swojej działalności nagraniowej. To rozmowy z Ianem zainspirowały go do zaakceptowania błędów w nagraniach – czego dowody słyszymy choćby na „The Will To Death”.

„DC EP” to płyta na której John Frusciante nie skorzystał zupełnie z syntezatorów i zagrał tylko na instrumentach dostępnych w Inner Ear. Ian Mackaye jako producent skłonił go też do złamania innego swojego przyzwyczajenia. „Były takie elementy tej sesji, których John nigdy nie robił. Posadziłem go żeby śpiewał naprzeciwko konsolety, a on miał minę: „Serio?”, a ja mu powiedziałem „Tak, po prostu usiądź naprzeciwko mnie i śpiewaj.” Lubię, gdy ludzie tak robią, choć często myślą, że to dziwne. Gdy stoisz sam w kabinie wokalnej, za szklaną szybą, masz mikrofon przed sobą i śpiewasz, jesteś w takiej odizolowanej kapsule i twój występ jest samotny. Kiedy siedzisz naprzeciwko innych ludzi i śpiewasz, dzielisz z nimi ten moment. Masz publiczność i występujesz przed nią. To lekkie napięcie daje wspaniałe, pełne emocji wykonania, bo śpiewający czuje energię innych ludzi w pomieszczeniu.”

Ataxia

Ian Mckaye nie był jedynym muzykiem Fugazi z którym miał okazję współpracować John. Drugim był basista Joe Lally. Kiedy po zawieszeniu działalności Fugazi przeprowadził się do Los Angeles, szybko nawiązali kontakt. „Mieszkaliśmy w jednym mieście, więc dzwoniliśmy do siebie, żeby pogadać o muzyce. W pewnym momencie on zapytał czy nie zagrałbym na jego solowej płycie. Zgodziłem się, ale nigdy wcześniej nie pracowałem w ten sposób: „wpadnij i zagraj dziewięć moich kawałków”. Poszedłem na spotkanie z nim i Joshem i grałem naprawdę źle. Nie potrafiłem tak pracować. Po pierwszym dniu John podszedł do mnie i powiedział, że w takim razie musimy to zrobić po mojemu, czyli napisać muzykę razem.” – opowiadał Lally.

Tak zrodziła się Ataxia – efemeryczne niestety trio. Jako zespół funkcjonowała całe dwa ….tygodnie (w lutym 2004 roku), co nie przeszkodziło wystąpić dwa razy na żywo i nagrać dwóch EP. Pierwsza – Automatic Writing – ukazała się w sierpniu 2004 roku, druga, AW II – z pozostałościami z sesji – w maju 2007. W muzyce Ataxii dopatrywano się wpływów Fugazi (co za odkrycie), Public Image Ltd czy Joy Division. Najmniej zaś przypominała macierzystą grupę Johna – recenzent Pitchfork złośliwie podkreślał, że nie poleca Automatic Writing fanom RHCP….

Szacunek na dzielnicy

Choć dawno zakończyli czynną współpracę, Ian i John z pewnością pozostali przyjaciółmi. W wywiadzie dla Ultimate Guitar z 2012 roku Ian wspomina, że spotykają się mniej więcej raz w roku i wtedy ma okazję posłuchać tego, nad czym John aktualnie pracuje. Nazywa też Johna ” geniuszem pełnym niesamowitych pomysłów, próbującym osiągnąć sobie tylko znane cele.” W innym wywiadzie z tego samego roku McKaye mówi, że John to „najwybitniejszy gitarzysta jakiego dane mu było słyszeć.”  Z kolei John w 2007 na łamach Tape Op tak opisał Iana: „Miał na mnie ogromny wpływ jako na człowieka – na wiele sposobów. Jeśli ktokolwiek kogo znam jest wzorcem do naśladowania, to właśnie on. Wszystko co robi jest bardzo spójne i zawsze jest wierny sobie. Nie kieruje się emocjami ani własnym ego i od ręki rozwiązuje problemy. Wydaje się być jednym z tych ludzi, którzy wiedzą kim są, jakie jest ich miejsce na ziemi i po co żyją. Wiele moich pomysłów jak nagrywać – zwłaszcza w czasach mojej szóstki – powstało pod jego wpływem.”

Autor tekstu: Wanda Modzelewska
Edycja tekstu: Wanda Modzelewska

Oceń artykuł:
(kliknij na gwiazdkę)
comments powered by Disqus