John Frusciante dla serwisu Billboard.com! (sierpień 2013)

John dla Billboard.com
John Frusciante, pytania i odpowiedzi:
O swojej elektronicznej ewolucji i dlaczego skończył z rockowymi kapelami
[John Frusciante Q&A: On His Electronic Evolution and Why He's Done With Rock Bands]

W ekskluzywnym wywiadzie Frusciante mówi o swojej nowej EPce z abstrakcyjną muzyką elektroniczną, dlaczego opuścił Chili Peppers i o „najzabawniejszej muzycznej współpracy, jakiej kiedykolwiek doświadczył w swoim życiu”.

Gitarzysta John Frusciante, nieobecny na scenie od odejścia z Red Hot Chili Peppers pięć lat temu, przysposobił sobie od tamtego czasu machiny perkusyjne, syntezatory oraz komputer jako swoje główne instrumenty.

Dzisiaj jego twórczość zamyka się w zaciszu salonu, gdzie Frusciante eksperymentuje i aranżuje coś, co nazywa progresywnym synth popem. „Outsides”, 20-minutowa EPka z abstrakcyjną muzyką elektroniczną (planowana na 27 sierpnia) składa się z, jak to sam John określił, „outowych” kawałków, które uwydatniają odejście od tradycyjnego rocka i oczekiwań ludzi. „Czułem potrzebę w szczególności tworzenia muzyki, o której wiedziałem, że by się nie sprzedała, ale za to pozwoliła mi na naukę nowych rzeczy” – powiedział Frusciante Billboardowi podczas ekskluzywnej, godzinnej telefonicznej rozmowy pod koniec lipca. „I zamierzam to robić przez resztę mojego życia”.

Frusciante objaśnia lata swojej edukacji i rozwoju jako muzyk solowy od czasu odejścia od dynamiki zespołu oraz dlaczego nigdy nie wróci. „Sprowadzając się do tego, prawdopodobnie mam o wiele więcej wspólnego ze starymi, klasycznymi kompozytorami z XVIII w., aniżeli z dzisiejszymi gwiazdami rocka” – stwierdził. „Nawet nie myślę już o gitarze w ten sam sposób. Nauczyłem się myśleć bardziej jako pianista, gdzie mam szersze pole widzenia muzyki”. To pole ostatnimi czasy otworzyły Frusciantemu kolejne drzwi: jako producentowi albumu hip-hopowej grupie Black Knights, stowarzyszonej z Wu-Tang Clan. Ich pierwsza kolaboracja, „The Medieval Chamber”, w grudniu zostanie wydana przez niezależną markę Record Collection. Oto fragmenty tego wywiadu:


Billboard: “Outsides” rozpoczyna się piosenką, która zawiera 10-minutowe gitarowe solo. Czy jest to najdłuższa solówka na płycie, o jakiej ci wiadomo?

John Frusciante: O nie, nie. Frank Zappa narobił niemało długich solówek jakoś tej długości. Taa, i Jimmi Hendrix również. Jeśli słuchasz nagrań live Jimiego Hendrixa, to piosenka jak np. “Machine Gun” zazwyczaj ma 10-minutową solówkę, dość często.

Czy gitarowe solówki wymagają jakiegoś rodzaju struktury albo nawet ćwiczeń?

Zwłaszcza w przypadku tej, stanowi ona odbicie muzyki, wiesz? W sensie, jakiekolwiek solo gitarowe powinno odbijać muzykę, która rozbrzmiewa wokół, i nie istnieć sobie tak po prostu w swoim własnym małym świecie. Ale to właśnie robiło wielu ludzi, którzy w latach 70. grali długie solówki. Po prostu tak jakby gubili się w swoim własnym świecie, i tak stali się tym, co nazwałbym czymś w rodzaju leniwej strefy dla gitarzystów. Ale w tej [solówce] odzwierciedla ona piosenkę, czego Frank Zappa nie robił w swoich długich solówkach, gdyż odstępował od utworu i robił bardzo proste sekcje, do których mógł z łatwością grać solo, bez konieczności myślenia o wielu innych rzeczach, tylko o swojej własnej grze. I uczyłem się takich solówek przez całe swoje życie, uwielbiałem je, ale widzę różnicę między nimi, a piosenką. Myślę, że solówka idzie naprzód w sposób, w jaki leci utwór, bo solo odzwierciedla akordy, które rozpatruję grając solówkę, a jednocześnie ryzykuję tak, jak niegdyś Frank Zappa, pod względem szalenia na instrumencie.

A jednak podjąłeś się dodatkowych instrumentów, a także nagrywasz swoją muzykę w domu.

Dla mnie życie i tworzenie muzyki to jedność. To nie jest jak praca, do której idę wchodząc do studia, czy robota, na wykonanie której muszę nabrać ochoty, czy coś. To rzecz, której robienia codziennie czuję potrzebę. Dawno temu dostałem dobrą radę od menadżera, sugerującego, że zamiast wydawać kasę na wydatki związane z nagrywaniem, lepiej sprawić sobie własne studio. I oczywiście miał rację. (…) Rock progresywny był stylem muzyki, który począł się wraz z The Beatles, kiedy zaczęli łączyć aspekty jazzu, aspekty muzyki klasycznej i aspekty muzyki innych kultur z muzyką rockową. I oczywiste stało się, że rock był plastyczną formą muzyki. [Widać to] np. na drugiej stronie „Abbey Road”, gdzie każdy utwór łączy się z następnym. A zespoły takie jak Genesis, King Crimson czy Yes zasadniczo kontynuowały według mnie to, co zaczęli The Beatles – w zasadzie kwestionując tradycję oraz sprzeciwiając się ogólnemu sposobowi, w jaki tworzy się rzeczy. Tak więc przez całe swoje życie na serio podziwiałem to, czego tamte kapele dokonały, i tak naprawdę to nie było to częścią tego, co zrobiłem ja, kiedy to byłem w zespole. Nie nagraliśmy 15-minutowej piosenki, czy też nie odeszliśmy zbytnio od tradycyjnych zasad. I dla mnie synthpop jest po prostu muzyką rockową zrobioną przy pomocy syntezatorów i machin perkusyjnych. Naprawdę, teraz moim instrumentem jest kompletna mieszanka instrumentów.

Grałeś na tak wielu. Czy jakikolwiek kiedykolwiek cię onieśmielił?

Kupiłem klarnet i chciałem nauczyć się jak na nim grać, ale kolidował on z moim śpiewem. I wydaje mi się, że był czas, kiedy się tego nauczyłem, kiedy sprawił, że miałem napięte gardło, przynajmniej na krótko, dopóki nie nauczyłem się, jak prawidłowo oddychać. Tak więc no, mój klarnet sobie leżał przez jakiś rok, a ja się go nie nauczyłem. No wiesz, taki urok technologii samplingu: można grać na jakimkolwiek instrumencie, albo jakiejkolwiek ich kombinacji. Zasadniczo jako swój własny instrument masz do zagrania historię nagranej muzyki. A ja jestem w tym całkiem biegły. Także od kiedy to potrafię, nie ma potrzeby uczyć się grać na innych instrumentach.

John Frusciante w studiu

Czym różni się sprzedawanie swojej muzyki przez portale takie jak Topspin od posiadania wsparcia wielkich wytwórni i dystrybutorów?

W tym muzycznym środowisku i sposobie, w jakim muzyka jest dziś konsumowana, myślę, że zauważamy złe efekty biznesowego myślenia [oryg. business-minded], które dotyka artystów, i uczenia się przez nich myślenia bardziej jako businessmani, bardziej jak celebryci, aniżeli muzycy. Tak więc na szczęście usunąłem się z tamtego świata i każdego dnia przez ostatnie pięć lat (czy coś koło tego) myślę w szczególności o nowych miejscach, w które można się udać, i znajdywaniu nowych wyzwań dla siebie. I część tego [co powiedziałem] znaczy, że spędziłem 3 lata tworząc muzykę, której nie miałem zamiaru w ogóle wydać. (…)

Te rzeczy pomogły mi najbardziej w moim muzycznym rozwoju. Kiedy dostajesz się do zespołu, a zwłaszcza takiego, który jest popularny, nie zdajesz sobie nawet sprawy, że robisz to, ponieważ to robi się naturalnie, ale w zasadzie przestrzegasz sprawdzonych formuł i rzeczy, które się sprawdziły i mogą się ludziom sprzedać. I postępując tak, na przestrzeni wielu lat bardzo mało się rozwijasz. Tymczasem teraz czuję się jak zupełnie inny muzyk, niż ten sprzed pięciu lat – dysponuję zupełnie innym zakresem rzeczy, które umiem zrobić, i w których jestem dobry. W dzisiejszych czasach, w środowisku, w którym funkcjonowałem jako popularny muzyk rockowy, nie było szansy na stanie się dobrym w takich sprawach.

Kiedy dotarło do ciebie, że już dłużej nie rozwijasz się kreatywnie w dynamice zespołu?

Cóż, tak jak wspomniałem, od zawsze chciałem tworzyć muzykę elektroniczną i zaledwie liznąłem jej w ciągu tych 10 lat (czy coś koło tego), kiedy byłem w zespole po powrocie [w 1998]. I to jest jedna z tych rzeczy, które przez lata musisz codziennie ćwiczyć jak żadne inne, by stać się w nich dobrym. Tak więc zawsze było to coś, co chciałem robić, ale byliśmy tak dobrze przyjmowani jako zespół, że tak naprawdę nie przyszło mi do głowy, żeby odejść, dopóki pewnego razu Flea do mnie nie przyszedł i nie powiedział: „Po tej trasie chcę wziąć dwuroczną przerwę.” I powiedział mi to jakoś w połowie trasy [Stadium Arcadium, 2007 r.], i kiedy to powiedział, byłem jakby zszokowany, bo pomyślałem: „Jesteśmy na fali, po prostu róbmy tak dalej”, rozumiesz? Ale odkąd mi to oświadczył, mój umysł począł się zastanawiać: „Co zrobiłbym z tymi dwoma latami, gdybym miał do dyspozycji dwa lata, w ciągu których mogę sobie robić cokolwiek tylko zechcę?”. A jakieś cztery miesiące później byłem tak podekscytowany opuszczeniem zespołu, że już dłużej nie chciałem nawet, żeby trwało to tylko dwa lata.

Po prostu wiedziałem, że już nigdy nie chcę być w tej kapeli, czaisz? I w gruncie rzeczy to nie odszedłem aż do czasu, gdy od paru miesięcy byliśmy już podczas przerwy, ale wiedziałem, że chcę odejść jeszcze miesiące przed zakończeniem trasy. Byłem zdeterminowany. Bo było tak wielu muzyków elektronicznych, których kochałem, kochałem to, co stworzyli, i wiedziałem, że muzycznie to zrozumiałem, poprzez uczenie się tego na mojej gitarze. Ale wiedziałem również, że póki nie nauczę się jak programować stare maszyny, które stworzył Roland we wczesnych latach 80., nie będę w stanie stworzyć muzyki z udziałem muzycznych praw, które były nieodłączne w tym, co tworzyli ci ludzie.

Tak więc w środku tej trasy zakupiłem TB-303 [syntezator Rolanda z 1981; przyp. tłum.] i automat perkusyjny TR-606 [zaprojektowany do bezpośredniej współpracy z TB-303, również z 1981 roku; przyp. tłum.] i przenosiłem je z jednego pokoju hotelowego do drugiego. To był całkiem nowy sposób myślenia, to był całkiem inny sposób tworzenia muzyki, i pod wieloma względami przypominało to chodzenie do szkoły muzycznej, ponieważ to sprawiło, że zacząłem patrzeć na muzykę z zupełnie innego punktu widzenia. Przez długi czas (chyba około roku) pod wieloma aspektami było to wielkim wysiłkiem, ale kiedy tylko poczułem się swobodnie, kiedy trasa się skończyła, zacząłem rozstawiać to tam, gdzie mógłbym zaprogramować masę urządzeń na raz. Wtedy zupełnie nie miało to przekładu na to, co mogłem zrobić, powiedzmy, za pomocą gitary, czy na to, co mógłbym zrobić z innymi ludźmi. Nie obchodziło mnie to. Byłem szczęśliwy tworząc najprostszy, krótki kawałek acid, i po prostu będąc w stanie grać jedynie pokrętłami na maszynie. Byłem taki szczęśliwy robiąc coś, co nie miało związku z nawykami, których nabawiłem się jako gitarzysta rockowy.

[Dla tych gości John produkuje właśnie album, pisząc też wszystkie podkłady pod rap]

Rozważyłbyś zagranie swojej nowej muzyki chociażby dla nielicznej publiki?

Nie, nie interesuje mnie granie na żywo. Naprawdę, już dłużej nie myślę o sobie jak o performerze. To nigdy nie było czymś, co przychodziło mi naturalnie. To było coś, do czego się przystosowałem, ale w istocie nigdy nie stanowiło odzwierciedlenia tego, kim byłem. (…) Nie jestem performerem. Nie doceniam efektu, jaki wywierają na mnie widownie, ponieważ dla mnie muzyka jest czymś, co pochodzi z mojego wnętrza. I muzyka to coś, w czym się zanurzam, a kiedy stoję przed publicznością, nie potrafię ignorować swojego otoczenia i nie umiem nie zwracać uwagi na sposób, w jaki sprawiają, że się czuję. Sprawiają, że czuję się dobrze, te widownie. Ale później zdaję sobie sprawę, że nie sięgam do swojego wnętrza jakoś bardzo, ażeby coś stworzyć, tylko próbuję raczej spełnić ich oczekiwania. I staram się zrobić coś, co stanowi dla nich rozrywkę. A to po prostu nie jestem ja. Nie interesuje mnie spełnianie ludzkich oczekiwań, i nie interesuje mnie zadowalanie ich. Cieszę się, że przez tak długi czas robiłem to z powodzeniem, ale sprowadzając się do tego, prawdopodobnie mam o wiele więcej wspólnego ze starymi, klasycznymi kompozytorami z XVIII w. niż z dzisiejszymi gwiazdami rocka, wiesz? Myślę bardziej w warunkach tworzenia kompozycji i właśnie to tak naprawdę sprawia, że cieszę się, że żyję, i że codziennie ekscytuję się życiem – to możliwość tworzenia kompletnego muzycznego kawałka od zera. Czuję się swobodniej robiąc to, niż kiedykolwiek coś innego. To wywołuje u mnie szczęście większe, niż wywoływała gitara. No więc, zabawianie ludzi… po prostu nie sądzę, że to moja działka, wiesz?

Jaką jeszcze muzykę będziesz tworzył tego roku?

Przez ostatnie sześć miesięcy tworzyłem wyłącznie hip-hop. Ale to już rok, odkąd współpracuję z artystami pod nazwą Black Knights. I jest to naprawdę udana kolaboracja. (…) Dzięki technologii możemy pozwolić sobie na taką muzyczną relację, w której nikt nie mówi innym co mają robić, nikt nikogo nie ogranicza, nikt się z nikim nie wykłóca. Ja odpowiadam za muzykę, oni rapują, i nie wchodzimy sobie w żaden sposób w drogę. U końca tej drogi wszyscy chcemy usłyszeć ten sam album, tak o tym myślę. (…) Nie mógłbym być szczęśliwszy, niż gdybym mógł pracować z, na przykład, Ice Cudbe’m albo Ol’ Dirty Bastard. Kocham ich rap równie mocno, jak każdy rap z moich ukochanych starych albumów. To muzyka, jakiej chcę słuchać, i mogę z tym pójść w jakim tylko kierunku mi się zamarzy. Bardzo mi odpowiadają reguły obowiązujące w hip-hopie i pozwalają być całkowicie wolnym. Hip-hop, podobnie jak muzyka rockowa, może wchłonąć każdy inny styl. I myślę, że akurat hip-hop może to zrobić lepiej niż rock. I tak mogę z niego uczynić synthpop, mogę z niego utworzyć coś totalnie abstrakcyjnego i dziwacznego, mogę z niego zrobić czysty dźwięk pozbawiony melodii, mogę go przeinaczyć w rock, mogę zrobić co tylko zechcę. To forma muzyki, która pozwala mi być zupełnie wolnym. Najbardziej interesują mnie polirytmia, groovy i brzmienie. I to kolejny powód, dla którego juz nigdy nie będę w kapeli rockowej. Ponieważ w zespole musisz uważnie trzymać się tonacji i rytmu. A w obecnych czasach, z taką technologią muzyczną jaką dysponujemy, mamy to szczęście, że mozemy trzymać się brzmienia i detali rytmu. W kapeli możesz poprosić bębniarza, „Chciałbym tego typu bit” i tak dalej. Ale z pomocą technologii mogę faktycznie sam stworzyć sobie bit, jaki chodzi mi po głowie, który tworzy klimat i biegnie dokadnie takim tempem, jak sobie to uwidziałem, dokładnie sprostując wymaganiom mojej wyobraźni, a nie tylko będąc czymś w rodzaju kopii mojego wyobrażenia czy interpretacją mojego wyobrażenia. Faktycznie to, co słyszę w mojej głowie, wychodzi później z głośników. Tak więc tworząc hip-hop, to chyba najfaniejsza muzyczna współpraca, jakiej się w życiu podjąłem. Jest też przy tym najczystsza.

Oryginalne źródło: RHCPmania.pl
Przetłumaczyli: Marcelina_W, Chadwick (dwa duże akapity) oraz RHCPmaniak (ostatni akapit)

Untitled-3

Oceń artykuł:
(kliknij na gwiazdkę)
comments powered by Disqus