Muzyka powstaje przy okazji – wywiad z Heavyweights Radio 29.01.2014

1625760_586481184764781_441768973_n

Wywiad z 29 stycznia 2014 r podczas wizyty Johna Frusciante i Black Knights na żywo w studiu Heavywieghts Radio (transmitowany przez niezależna telewizję internetową Real.tv).
To pierwszy od 2008 roku telewizyjny wywiad z udziałem Johna Frusciante. Trochę szkoda, że prowadził go najbardziej nieprzygotowany prezenter ever, dodatkowo wkurzający swoją „luźną” hip-hopową manierą, ale jego rozmówcy na czele z Johnem litościwie prostowali jego kolejne pomyłki, co najwyżej śmiechem kwitując co bardziej nietrafione kwestie, w rodzaju pytania o wytwórnię płytową Johna lub gratulacje z powodu wejścia do Rock and Roll Hall of Fame.
Miło oglądać Johna, który najwyraźniej znakomicie czuje się w towarzystwie Knightsów i lubi z nimi pracować. Zabawne jest to, że momentami lekko podłapuje ich sposób bycia i wypowiadania się. Miło dowiedzieć się, że czekają na wydanie kolejne dwie wspólnie stworzone przez nich płyty. Z jednej strony John potwierdza to co mówił w ostatnich wywiadach: o niechęci do pracy w zespole, o znudzeniu muzyką rockową. Z drugiej wydaje się znacznie bardziej zrelaksowany, otwarty, pełny energii i pozytywnie nastawiony, gotowy do tworzenia muzyki – tyle że na własnych zasadach.
Poniżej transkrypcja – pozwoliliśmy sobie na wyczyszczenie jej z większości hip-hopowych ozdobników typu „ya know” . Szacunek dla Wandy, która zrobiła tłumaczenie – zwłaszcza za to, że potrafi zrozumieć Rugged Monka.

Wywiad można obejrzeć tutaj:

Prezenter: John Frusciante jest w budynku. Zupełnie nowy label. I przyprowadził ze sobą swoich kolesi.
Monk: Black Knights są w budynku. Prosto z Campton, tak jest.
P: Człowieku, przede wszystkim powinniśmy zacząć od ciebie. Zrobiłeś tak wiele godnych uznania rzeczy. Jesteś mistrzem mistrzów. Jesteś jednym z najwspanialszych gitarzystów, wpłynąłeś na wielu ludzi. Robiłeś tak wiele wspaniałych rzeczy – Chilli Peppers, Mars Volta, twoje własne wydawnictwa. Dziękuję, że zgodziłeś się do nas przyjść , przede wszystkim.
Zacząłeś bardzo wcześnie. Związałeś się z Chilli Peppers i pojawił się Rick Rubin, gdy zaczęliście działać razem. Rick Rubin miał ogromny wpływ na to, co my tutaj robimy, jest dla nas wzorem w wielu rzeczach. Czy masz jakieś ciekawe historie związane z nim które mógłbyś nam opowiedzieć? Jakieś złe wibracje?
John: Nie, nie ma złych wibracji. W tym momencie życia w którym jestem, dochodzę do wniosku, że to interesujące, że miałem z nim tak bliski kontakt. On był jednym z pionierów tworzenia hip-hopu, ja doszedłem do robienia tego rodzaju muzyki zupełnie inną drogą niż radziłby mi to Rick.
P: No tak, ty byłeś wielkim gitarzystą…
J: Ja najpierw zacząłem robić awangardową muzykę elektroniczną , zupełnie nie starając się by była ona popularna czy komercyjna. I robiłem to wystarczająco długo, by teraz móc tworzyć hip-hop. To nie było coś, co starałem się robić od początku. Poszedłem zupełnie niekomercyjną drogą, co rozdzieliło mnie i Ricka. Gdy zacząłem robi hip-hop to słuchałem na przykład płyty LL COOL J, którą zrobił. Mam wyobrażenie nie tylko o tym, co ma do zaoferowania jako producent, ale też jak używa np. syntezatorów Korg 707. Więc słuchanie rzeczy, które zrobił powiedzmy w 85 roku na 707 jest bardzo ciekawe. Wiem co zrobił dla mojego zespołu jako producent, te wszystkie pomysły na bębny, wokale, doświadczyłem pracy z nim przez długi okres czasu, więc mam pojęcie nie tylko o jego muzyce, ale także o tym w jaki sposób myśli. To interesujący zbieg okoliczności, że z osobą z którą pracowałem tak długo mam coś wspólnego z zupełnie innej strony, poza tym co razem zrobiliśmy – sam zostałem hip-hopowym producentem.
P: No tak, że doszedłeś do tego, że sam wydajesz płyty i takie tam…
J: Tak, często myślę o Ricku…
P: Kto poza nim wpłynął na Ciebie?
J: Jestem przeciwieństwem wielu osób w tym co robię. Dążę do tego, by słuchać rzeczy podobnych do tego co robię, a nie słuchać czegoś, by potem zrobić coś podobnego do tego. Miałeś na myśli hip-hop?
P: Tak, tak.
J: Bardzo lubię sposób w jaki tworzono te rzeczy w latach 80, w latach 80 i wczesnych 90.
P: Złoty okres…
J: Bardzo lubię Marleya Marla, to jeden z moich ulubionych producentów. Bardzo lubię gdy ludzie eksperymentują, gdy nie wiedzą dokładnie, co chcą zrobić – to jest coś, z czego mogę się wiele nauczyć jako muzyk.
P: To że wymieniłeś Marleya Marla już dużo mówi… Wiele osób by go nie znało lub wspomniało by o kimś znacznie bardziej oczywistym.
J: Postrzegam jego produkcje jako naprawdę nieskalane.
P: …i naprawdę wielkie w swoim czasie. Chciałem serdecznie pogratulować ci przynależności do Rock and Roll Hall of Fame… To coś wielkiego, definitywnie. Jest tyle rzeczy o których chciałbym z Tobą porozmawiać. Masz teraz wytwórnię, pogadajmy o tym.
J: Co masz na myśli mówiąc, że mam wytwórnię?
P: Wydajesz teraz płyty…
J: Nie, moje płyty są wydawane przez wytwórnię Record Collection, tę samą która wydała płytę Black Knights. Wydaję tam swoje płyty od 10 lat…
P: Ok., muszę się poprawić. Jak poznałeś chłopaków z Black Knights? Czy za pośrednictwem RZA?
J: Tak znam Monka, mnie więcej odkąd jesteśmy przyjaciółmi z RZA – to jest od jakichś 6 lat.
M: Tak to było 6 lat temu, RZA poznał nas i zaczęliśmy razem balować. A potem ja i John nawiązaliśmy też bliższą relację między sobą. To było wtedy, gdy wydawał swoją płytę Empyrean, wspaniały album, który bardzo cenię i który jest dla mnie inspiracją. Potem RZA robił muzykę do filmu „Man with the Iron Fist”, John mu pomagał i znów się spotkaliśmy. A potem John robił swój kolejny projekt z moim przyjacielem Kinetikiem z Killarmy, i poprosił mnie żebym też wpadł, więc powiedziałem: ok., czemu nie. Nagraliśmy jeden kawałek i potem następny. Najpierw nagraliśmy FM, potem Letur Lefr.
J: Letur Lefr to tytuł albumu, a FM to kawałek który na nim jest.
M: I tak budowaliśmy naszą relację. Mamy takie spoko luźne wibracje. Zaprosił mnie żebym znowu wpadł i spotykaliśmy sie: czasem z RZA, czasem sami. Lubimy razem pooglądać boks i takie tam u Johna w domu. A potem poprosił mnie żebym przyprowadził kiedyś Crisisa, mojego partnera z Black Knight, bo wiedział, że mamy razem grupę, należąca do rodziny Wu Tang Clan.
Najpierw mieliśmy kontrakt z Low, ale Low został kupiony przez Sony. Sony nie chciało zajmować się hip-hopem i promować go. Zostaliśmy więc trochę na lodzie i tak doszło do tego, że zrobiliśmy „Every Night is a Black Knight’(chodzi o samodzielne wydanie tej nagranej jeszcze w 2001 roku jeszcze pod skrzydłami Wu-Tang Records, płyty w 2007 roku przez Black Knights) i niezależnie sprzedaliśmy 10 tys. egzemplarzy tej płyty. Potem mieliśmy jeszcze taki projekt z RZA, ale on bardziej chciał robić swoje solowe rzeczy, grać w filmach, reżyserować i tak dalej, a my woleliśmy się dalej rozwijać muzycznie. Wydaliśmy więc sami „Every Wight is a Black Knight”, zrobiliśmy trochę zamieszania, wróciliśmy do studia z RZA i zaczęliśmy pracować nad jednym projektem, ale wytwórnia odłożyła go na bok i nic z tego nie wyszło.
W międzyczasie John i ja nagrywaliśmy i zrobiliśmy kawałek, który jako „The Key to The Chastity Belt” trafił na album. To był w zasadzie pierwszy kawałek, który nagraliśmy jako Black Knights i John Frusciante. Potem wróciliśmy, by robić kolejne nagrania, ale wcale nie myśleliśmy, że zrobimy z tego płytę. Potem John zaczął mi przysyłać w mailach kolejne kawałki, jakieś 7-8 utworów, „Posłuchaj tego” i ja mu odpisałem „Wygląda na to, że mamy coś konkretnego, fajnego, zróbmy coś z tym”. I potem znów mieliśmy kilka kolejnych sesji nagraniowych. I John znów zaczął mi przysyłać sample, intra i znów pomyślałem „Mamy coś”. Tym razem byliśmy już w takim twórczym ciągu robienia muzyki, nagraliśmy około 20 piosenek. I powiedziałem wtedy „Ok. usiądźmy i zobaczmy co tu mamy.” I z tego złożyliśmy „Medieval Chamber”. Jestem wdzięczny Johnowi za to, że zrobił to tak perfekcyjnie i profesjonalnie. Ale nagraliśmy znacznie więcej materiału – więc teraz mamy kolejne 3 albumy. Drugi będzie zatytułowany….
J: Nagraliśmy jakieś 45 piosenek w ciągu ostatniego półtorej roku…
Prezenter 2 (spoza kadru): Jakie to uczucie pracować z Johnem w studio? Crisis opowiesz nam o tym?
Crisis: Super, niesamowite. To dla mnie coś prawdziwego. Każdy jest sobą.
P2: Pracujecie z jednym z najwybitniejszych gitarzystów naszych czasów. To chyba musi być duża presja..wiesz co mam na myśli?
C: To prawdziwe wyzwanie, ponieważ on, ponieważ wszystko co robi John jest dla muzyki.
M: Jedna rzecz: ciśnienie rozsadza rury, ale nie Black Knights. My też jesteśmy częścią legendarnej hip-hopowej grupy Wu-Tang Clan, więc szacunek, pracowaliśmy z różnymi MC, producentami. RZA jest jednym z największych producentów, ale praca z Johnem to inna historia, bo on przyszedł ze świata rock`and rolla, jest niezwykle muzykalny. Wciągnął mnie w wiele rodzajów muzyki których wcześniej nie słuchałem: Jane`s Addiction, potem jeszcze Depeche Mode, Barney Kessel, Ray Brown, muzyka z lat 70, Donna Summer i takie rzeczy. Czasem wpada i mówi : włączmy Ice Cube, Milli Vanilli, a innego dnia: posłuchajmy Bethovena, albo Mozarta. Gama muzyki jakiej słucha jest nieograniczona.
P: Robiłeś ostatnio wiele elektronicznej muzyki. Jak się z tym czujesz, jesteś przecież znany z wielu zupełnie innych dokonań.
J: Poszedłem drogą, która interesuje mnie w muzyce. Lubię elektroniczne instrumenty, ponieważ nie muszę być zależny od innych ludzi. Możesz sam wykonywać pracę inżyniera dźwięku, programować je wszystkie samodzielnie. Nie musisz być w zespole z kimś kogo nie lubisz, tylko dlatego, że on gra na bębnach, gra na basie lub śpiewa. Możesz wybierać z kim chcesz pracować – tak było w przypadku wszystkich muzyków, z którymi pracowałem w ciągu ostatnich 5 lat po odejściu z zespołu. Muzyczna relacja wynikała z fajnej relacji międzyludzkiej.
P: Tak, wtedy to się dzieje naturalnie.
J: Tym sposobem zachowuję swoja autonomię, nie muszę wchodzić w interakcję z innymi głębiej niż jest to użyteczne by tworzyć muzykę. Kiedy ci goście stają przed mikrofonem, robią to z pełną wiarą w siebie i w swoje możliwości. Ufają swojemu własnemu kreatywnemu zmysłowi. Nie boją się co ja o tym pomyślę, wierzą w to co mówią, wierzą we własny styl. To dobrze współgra z moim nastawieniem, bo ja jestem taki sam: wierzę w to, co robię i pieprzę to, co ktoś inny o tym myśli. Więc skoro oni wierzą w siebie to idealnie współgra, nikt nie mówi nikomu co robić, nikt nie musi nikogo prowadzić za rączkę. To bardzo przyjemna muzyczna relacja. W zespołach jest zupełnie inaczej: musisz być na czyjejś smyczy, walczyć z innymi, krytykować się wzajemnie. Ja nie próbuję zmieniać ich , oni nie próbują zmieniać mnie. Lubimy razem spędzać czas, słuchać muzyki, oglądać walki i robić różne rzeczy – muzyka pojawia się niejako przy okazji. To nie jest jak tworzenie muzyki przez rockowy zespół w studio, kiedy każdy dąży do tego, by być najlepszym w ocenie innych, a to jest trudne, bo każdy ma inne pojęcie tego, co znaczy „dobry”. Jest duże napięcie, dążenie do tego, by coś zamknąć, doprowadzić do końca. Wszyscy koncentrują się na tym by skończyć pracę, a nie zrobić coś ciekawego. Dla mnie to się nie kończy, uwielbiam stan robienia piosenki, bycia w procesie tworzenia. Gdybym miał nacisnąć guzik i skończyć piosenkę nie zrobił bym tego. Uwielbiam tworzyć, a oni lubią tworzyć razem ze mną i w ten sposób razem pracujemy, palimy, pijemy, cieszymy się atmosferą, byciem w takim twórczym stanie, byciem razem. Dla mnie to, że powstaje w końcu z tego jakaś piosenka jest w zasadzie produktem ubocznym tego, do czego dążę. Każdy etap tworzenia muzyki sprawia mi przyjemność.
P: O tak to wspaniałe. Chciałbym zapytać także o cos jeszcze zanim zapomnę. George Clinton, również jedna z legendarnych postaci muzyki stanął nie raz na waszej drodze.
M: RZA pracował z nim nad swoim albumem „Digital Bullet” (wydany w 2001 roku pod pseudonimem Bobby Digital). On i Shavo z System of a Dawn. A nie, to był „Digi Snacks” (2008, również jako Bobby Digital”) i w tym samy m czasie pracował z z basistą System of a Down, Shavo. Stworzyli grupę Aechozen. Oni ściągnęli Georgea Clintona żeby nagrać z nim parę kawałków i siedzieliśmy razem w studio, cieszyliśmy się ze zwykłych rzeczy. RZA ma dar gromadzenia wokół siebie ludzi, dobrych muzyków, łączenia ich. Jest świetnym kompozytorem, ale nawet jeśli bezpośrednio nie pracuje nad muzyką , nie miksuje jej , to i tak w pewien sposób ją tworzy. Otacza się dobrymi, utalentowanymi ludźmi, bardzo go za to szanuję.
J: George Clinton zagrał na tej płycie? (to pytanie Johna jest trochę dziwne, bo sam też na niej zagrał, zresztą m. in. w jednym kawałku z Clintonem „Up Again”)
M: Tak, nagrywaliśmy z Georgem, byliśmy razem w studio. To był ostatni solowy projekt RZA. George Clinton pomagał tez przy nagraniu albumu „8 Diagrams” Wu Tang Clan (2007), ostatniej studyjnej płycie, którą zrobił Wu-Tang. To była fajna współpraca.
P: Ty pracowałeś z Georgem, prawda?
J: Nie, on wyprodukował drugi album Red Hot Chilli Peppers, mnie nie było jeszcze wtedy w zespole. Miałem dopiero 16, nie 15 lat, jak nagrali tę płytę. Wydali 3 płyty zanim do nich dołączyłem. Więc George produkował drugi album RHCP. Ale ostatnia rzecz, którą z nim robiłem i jeszcze z Flea i z Anthonym to była taka płyta z coverami. Poprosił mnie, żebym tam zagrał, a ja zaprosiłem Flea i Anthony`ego. I ten numer który nagraliśmy wtedy to był mój łabędzi śpiew we współpracy z nimi.

Oceń artykuł:
(kliknij na gwiazdkę)
comments powered by Disqus